Kiedy podszedł do Róży, by ją przykryć na noc kloszem, wydała mu się wyjątkowo piękna. I wyjątkowo mu bliska.

ROZDZIAŁ CZWARTY
- Bo jestem śpiąca po podróży.
planety...
Tammy nie mogła oderwać wzroku od jego ciała. Czy on nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie wrażenie robi na niej taki widok? Chyba nie, ponieważ odwrócił się do niej swobodnie i znowu posłał jej zabójczy uśmiech. Musiała zmobilizować wszystkie siły, by nie ulec jego zniewalają¬cemu czarowi.
Róża długo milczała. Mały Książę też milczał i lekko gładził płatki Róży.
- Dziwisz się? Przecież dzięki temu została księżną.
Jeśli nie zdoła jej uszczęśliwić? A cóż to za dziwna obietnica?

Róża rozumiała jego smutny nastrój i postanowiła go pocieszyć.
- Zrobię, jak pani sobie życzy, ale nawet nie chcę my¬śleć, co powie Jego Wysokość, kiedy się dowie...
- Nie płakałam.
czułem do niego urazy. Ja tylko tęskniłem za Światłem Księżyca...
rzucić z lęku czy niechęci przed uwikłaniem się w coś po¬ ważniejszego. Dlatego on cię wyleczy z uciekania przed uczuciem. Nie możesz przez całe życie uciekać.
- To chyba oczywiste - niemal warknęła. - Mam sio¬strzeńca i jestem jego prawną opiekunką...
Podatek od nieruchomości

Henry go kochał i potrzebował. Nie było mowy o żad¬nym wyjeździe. Teoretycznie Mark mógłby poprosić Madge o opiekę nad chłopcem, czuł jednak, że nie ma siły tego zrobić. Nie mógłby zawieść Henry'ego. Ale przecież wcale nie zależało mu na tym, żeby bratanek tak się do niego przywiązał! Wcale tego nie chciał!

Po jakimś czasie Tammy uspokoiła się nieco. Obok stał fotel, wiec opadła na niego i posadziła sobie chłopczyka na kolanach, by mu się uważniej przyjrzeć. Przez chwilę patrzył na nią obojętnie, a potem jego apatyczny wzrok po¬wędrował z powrotem do okna, jakby to było dla niego bar¬dziej interesujące niż widok ludzkiej twarzy.
baterią butelek pustych.
ich teraz powstrzymać przed pobraniem się. - Tyle że ty to zrobiłeś. - Jeszcze jak. Nie ma dziecka, nie ma małżeństwa - pstryknął głośno palcami. - Rozwiązałem oba problemy za jednym zamachem. Beck nie potrafił znaleźć słów w odpowiedzi na to przerażające oświadczenie. - Co z Dalym? - zapytał. - Wiedział o dziecku? - Nie wiem. Nigdy nie pytałem o to Sayre, a nawet gdybym to zrobił, i tak by nie odpowiedziała. Nie odzywała się do mnie całymi miesiącami. Myślałem, że wreszcie się z tego otrząśnie, zapomni z czasem. Beck przypomniał sobie wyraz twarzy Sayre, gdy opuściła pokój Huffa. Wyglądała tak, jakby to wszystko zdarzyło się zaledwie kilka dni temu. - Nie sądzę, żeby kiedykolwiek o tym zapomniała, Huff - powiedział cicho. - Na to wygląda, prawda? Teraz demonstruje przed odlewnią, wiesz? Nosi oskarżające mnie transparenty. To ona stała za sprawą Clarka Daly'ego. Sama się do tego przed chwilą przyznała. Jeśli ten chłopak się z tego nie wygrzebie, Sayre zrobi wielką drakę i założę się, że to mnie oberwie się najgorzej. - Wyliże się. Jadąc tutaj, dzwoniłem do szpitala. Nie ma złamania czaszki, jedynie kilka pękniętych żeber, Jeszcze trwają badania, żeby wykluczyć krwawienia wewnętrzne, ale jak do tej pory żadnych nie wykryto, a to dobry znak. Huff potarł wierzch głowy i roześmiał się z rozgoryczeniem. - Chłopcy chyba trochę przesadzili. - To był idiotyczny ruch, Huff. Huff przestał się śmiać i spojrzał na Becka ostro, ze złością, co rzadko mu się zdarzało. - Nie unoś się, Huff - powiedział spokojnie Beck. - Płacisz mi za moje opinie. Jeśli nie podoba ci się moja szczerość, znajdź sobie innego prawnika. Ja ci mówię, że przelanie pierwszej krwi było głupim pomysłem. Sam zresztą powiedziałeś to samo wczoraj w nocy. - Nie wiedziałem, że wszystko tak szybko wymknie się spod kontroli. Miałem stać z założonymi rękami i nie reagować? - Zaatakowanie jednego z własnych pracowników było złym posunięciem. Osiągnąłeś tylko tyle, że wręczyłeś opozycji kolejny argument i dostarczyłeś więcej amunicji, której użyją w walce przeciwko nam. Huff dźwignął się z fotela i podszedł do barku. - Wszyscy dzisiaj mają do mnie pretensje - wymruczał. - Zdaję sobie sprawę, że to nie najlepszy moment - odparł Beck. - Właśnie odbyłeś potworną kłótnię z Sayre i ostatnią rzeczą, jaką chciałbyś usłyszeć jest to, że źle radzisz sobie z sytuacją w fabryce, ale to prawda, Huff. Już wcześniej próbowałem ci wytłumaczyć, że nie możesz rozwiązywać problemu związków zawodowych tak, jak to robiłeś w przeszłości. Z Nielsonem nie pójdzie ci tak łatwo, jak z Iversonem. Nie wycofa się - zawiesił głos strategicznie, po czym dodał: - A tobie nie uda się go pozbyć. Właściwie odczytując znaczenie jego słów, Huff odwrócił się powoli z pustą szklanką w jednej ręce i kilkoma kostkami lodu w drugiej. Zdawał się nie zauważać, że rozpuszczający się lód cieknie mu między palcami. Beck wytrzymał jego świdrujące spojrzenie. - Nie zamierzam cię pytać, Huff, bo nie chcę wiedzieć, ale byłbym głupcem, gdym wierzył, że ty i Chris nie mieliście absolutnie nic wspólnego ze zniknięciem Gene'a Iversona. Chris na pewno odegrał w tamtej sprawie jakąś rolę. Na logikę, jeśli w oskarżeniu przeciwko niemu nie tkwiłoby ziarno prawdy, nie martwiłbyś się tak o wynik procesu i nie kazałbyś McGrawowi przekupić
Alimenty na dziecko ? do kiedy

czekolady w oddechu. Poruszyła biodrami, ocierając się o niego. - O Boże, tak, jeszcze - jęknął. Posłuchała go. Kiedy poczuła jego język na sutku, pomyślała, że roztopi się z rozkoszy. Zachęcony jej mimowolnymi westchnięciami, pocałował jej pierś delikatnie, a potem wessał koniuszek do ust, przyciskając brodawkę językiem do podniebienia. Rozpiął jej spodnie i wsunął dłonie, uciskając jej pośladki, nacierając, eksplorując. Całe ciało Sayre przeszywały dreszcze, skupiające się w jej intymnym miejscu i sprawiające, że pragnęła, aby ją tam dotknął. - Beck, pozwól mi... - Zsunęła się z jego kolan i zaczęła się rozbierać. Gdy została tylko w figach, zawahała się, ogarnięta nagłą i niespodziewaną wstydliwością. Spojrzał na nią błagalnie. - Nie dręcz mnie - powiedział. Sayre ściągnęła majtki i odwinęła ręcznik z bioder Becka. Jego męskość była wzwiedziona i piękna. Ogarnęło ją pragnienie, by poczuć go głęboko w swoim ciele. Przesunął dłonią po kępce rudych włosów na jej łonie, a potem chwycił ją za talię i przyciągnął do siebie. Klękając nad nim na kanapie, rozsunęła uda. Beck przytulił twarz do ulegle miękkiego brzucha i pocałował go, schodząc niżej i niżej, aż rozpłynęła się na jego wargach i języku, drżąc z pożądania i pragnąc, aby znalazł się w niej. Powiedziała mu to. Z powodu obrażeń, jakich doznał, zbliżenie nie było gwałtowne... i tym lepiej. Sayre dosiadała go powoli, centymetr po centymetrze, smakując każdą chwilę, która przynosiła nowe, cudowne, fascynujące odczucia. Jeśli Beck był niecierpliwy, nie okazał tego, chyba jemu również spodobał się jej pełen samozadowolenia brak pośpiechu. Gdy już się wydawało, że nie mogą być bardziej połączeni, chwycił jej biodra w kołyskę swych dłoni i przytrzymał, poruszając się w górę i sprawiając, że krzyknęła cicho z nagłej rozkoszy. Ich ruchy były delikatne i powolne, lecz tak intensywne, że wstrzymywali oddech, gwałtownie łapiąc powietrze tylko wtedy, kiedy przypominali sobie, że muszą oddychać. Palce Becka wbijały się w jej biodra, przytrzymując ją blisko, ale jej ręce też nie pozostawały bezczynne. Dotykała jego ramion i barków, głaskała głowę, kark i pierś. Wyginając się do tyłu, sięgnęła za siebie i pogładziła go po udach, pieszcząc ich wewnętrzną część. Beck jęknął z niewysłowionej rozkoszy. Kiedy doszedł, otoczył ją ramionami i przytulił rozpalony policzek do piersi. Wargi dotknęły jej pobudzonego sutka. Nie zrozumiała słów, które wyszeptał, jednak wypowiedział je tak seksownym tonem, że wyzwolił jej orgazm. Nieco później leżeli w łóżku, twarzą w twarz. - Co powiedziałeś? - spytała Sayre. - Kiedy? W odpowiedzi uniosła brwi i spojrzała na niego znacząco. - Ach. Ciąg brzydkich słów, jak sądzę. - Bardzo erotyczne - mruknęła, trącając jego męskość kolanem. - W takim razie następnym razem powiem je głośniej. Poczuł, jak jego sutki twardnieją pod dotykiem jej palców. Ku jego rozkoszy, otoczyła jeden z nich wargami i zaczęła delikatnie drażnić koniuszkiem języka. Odsuwając się na kilka milimetrów, wymruczała: - Wiedziałeś, że od początku tego chciałam, prawda? Odzyskanie głosu zajęło mu dłuższą chwilę. - Tak przypuszczałem - odparł wreszcie. - Wiedziałeś od pierwszego spotkania? - Od naszej rozmowy przy pianinie. Spojrzała na niego.

- Nie, ja...
- Ale nim to się stanie, wolałabym, żeby on i jego kolesie znaleźli sobie inne miejsce do przesiadywania. Burgery zaraz będą gotowe. Miło było panią poznać - rzuciła w stronę Sayre, odchodząc - chociaż z wątpliwą szczerością. Zdawała się niechętnie zostawiać Becka sam na sam z inną kobietą. Kelnerka prawdopodobnie nie była jedyną dziewczyną w Destiny, której mocniej biło serce na widok Merchanta i Sayre rozumiała dlaczego. Miał w sobie niezaprzeczalny seksapil; zielone oczy, jasne włosy i uśmiech wart grzechu. Wyglądał równie przystojnie i elegancko w starych dżinsach i białej kratkowanej koszuli, które miał na sobie teraz, jak w garniturze, na pogrzebie. Bardzo atrakcyjny zestaw. Ale o Chrisie można było powiedzieć to samo. Nosił się równie elegancko, był przystojny niczym gwiazdor. Tyle że wiele niebezpiecznych, śmiercionośnych gadów także wygląda równie ujmująco. Chris był wężem, który uderzał, jednocześnie omamiając ofiarę swym pięknem. Sayre nie ufała Beckowi, podobnie jak starszemu bratu. Może nawet bardziej. Chris urodził się złym człowiekiem, Merchantowi płacono za jego podłość. - Selmie pękłoby serce, gdyby się dowiedziała, że przyszłaś tu na obiad, chociaż przez cały dzień próbowała nas nakarmić - zauważył Beck. - Kocha nas. Zawsze kochała i to bardziej, niż sobie na to zasłużyliśmy. - Dlaczego uważasz, że nie zasługujesz na miłość? - spytał, pochylając się ku niej. - Jest pan prawnikiem, panie Merchant, a nie psychoanalitykiem. - Próbuję po prostu podtrzymać konwersację. - Klaps Watkins też tak mówił. Roześmiał się głośno. - Zatem muszę popracować nad swoją techniką. Przez chwilę mieszał słomką w swojej szklance coli. - Sayre, przepraszam cię - powiedział powoli, spoglądając jej w oczy. - Za to, że w ten sposób mówiłem o starym Mitchellu. To była tania zagrywka. Zazwyczaj postępuję nieco bardziej uczciwie, nawet gdy jestem zły. Nienawidząc się za wiarę w szczerość jego przeprosin, nie odpowiedziała. Wzruszyła tylko ramionami. Kelnerka przyniosła ich zamówienia. Burgery były takie, jakie powinny być; tłuste, gorące i smakowite. Przez kilka chwil jedli w milczeniu, ale Sayre wiedziała, że Beck jej się przygląda. - O co chodzi, panie Merchant? - spytała wreszcie. - Słucham? - Ciągle pan na mnie patrzy. - Hmm, przepraszam. Zastanawiałem się po prostu, czy podziękowanie rzeczywiście jest dla ciebie tak trudne. - Za co? - Za odstraszenie Watkinsa. Skinął głową w kierunku okna. Odwróciła się i spojrzała, jak natręt wsiada na motocykl. Kopnął zapłon i wyjechał z miejsca na parkingu przed barem. Zanim z rykiem silnika oddalił się na autostradę, pokazał im środkowy palec. - To najlepiej świadczy o jego opinii o nas - mruknęła Sayre i dodała: - Poradziłabym sobie z nim, ale prawdopodobnie nie bez wszczynania awantury i zrobienia z siebie głównego tematu miejscowych plotek. Dlatego dziękuję. - Cieszę się, że mogłem pomóc. - Powiedział, że już kiedyś spuścił ci manto. Naprawdę? - To jego wersja. - Skończył jeść burgera i wyciągnął dwie serwetki z podajnika, żeby wytrzeć ręce. - To dzięki Watkinsowi ponownie zaprzyjaźniliśmy się z Chrisem. Dwie kawy - rzucił do
Zmarszczyła brwi.
unitedfinances offer $500 payday loan from UnitedFinances from trusted lender

- Skoro już mowa o żonach, czy w przerwach pomiędzy obracaniem Lili Robson udało ci się porozmawiać z Mary Beth? - Przez jakieś pięć sekund. - Powiedziałeś jej o Dannym? - Zaraz po przywitaniu oświadczyłem: „Mary Beth, Danny się zabił", na co ona: „Zatem mój udział w waszej fortunie właśnie się powiększył". Huff poczuł uderzenie krwi do głowy. - Ja jej pokażę udział! Ta dziewucha nie zobaczy ani centa z moich pieniędzy! Chyba że zrobi to, co powinna, i da ci rozwód. I to nie wtedy kiedy zechce, ale teraz. Pytałeś u te papiery rozwodowe, które do niej wysłaliśmy? - Nieszczególnie, ale Mary Beth i tak ich nie podpisze. - Więc wracaj do niej i zrób jej dzieciaka. - Nie mogę. - Nie chcesz. - Nie mogę. Zaalarmowany ponurym tonem syna, Huff przymrużył uczy. - Co to znaczy? Czy jest coś, czego mi nie mówisz? Coś, o czym nie wiem? - Porozmawiamy później. - Porozmawiamy teraz. - To nie jest odpowiedni moment - odparł Chris, akcentując każde słowo. - Poza tym robisz się czerwony na twarzy, a obaj wiemy, co to oznacza przy twoim wysokim ciśnieniu. - Ruszył w kierunku drzwi. - Idę po drinka. - Zaczekaj. Spójrz tylko na to. Skinieniem głowy Huff wskazał na podjazd, na którym właśnie zatrzymał się Beck. Tuż za nim pojawił się drugi samochód. Beck podszedł do niego, otworzył drzwi od strony kierowcy i wyciągnął rękę. Ze środka wynurzyła się Sayre, ignorując gest Becka. Wyglądała na gotową zabić go, gdyby choć raz jej dotknął. - Niech mnie diabli - powiedział Chris. Przyglądali się dwójce przybyłych, przemierzających dziedziniec ku gankowi. W połowie drogi Sayre uniosła głowę i spojrzała przed siebie spod szerokiego ronda czarnego słomkowego kapelusza. Widząc stojących na szczycie schodów Huffa i Chrisa, zmieniła kierunek i skręciła w bok, na ścieżkę wiodącą na tyły domu. Huff obserwował ją, dopóki nie zniknęła za rogiem. Nie wiedział, czego ma oczekiwać po córce po tak długiej nieobecności, ale był dumny z tego, co zobaczył. Sayre Hoyle - bo ta cała zmiana nazwisk to oczywista bzdura - wyrosła na piękną kobietę. Bardzo piękną. Nie mogło być lepiej. Beck wspiął się po schodach i stanął obok nich. - Jestem pod wrażeniem - rzekł Chris. - Wydawało mi się, że odeśle cię do wszystkich diabłów, - Prawie zgadłeś. - Co się stało? - Tak jak się spodziewałeś, Huff, planowała odjechać bez spotkania się z tobą. - Jakim cudem udało ci się ją tutaj ściągnąć? - Zaapelowałem do jej poczucia lojalności wobec rodziny oraz do sumienia. Chris zarechotał. - Czy zawsze była taka zarozumiała? - spytał Beck. Chris potaknął, a Huff rzucił: - Od dziecka była trochę wyniosła. - Bardzo mile określenie kogoś, kto jest po prostu upierdliwy. - Chris ogarnął wzrokiem dziedziniec. - Wygląda na to, że wszyscy goście już przybyli. Wejdźmy do środka i spełnijmy

- Należałoby ci się! - huknął Mark, po czym ze znu¬żeniem przejechał dłonią po twarzy. - Dom, o co w tym wszystkich chodzi?
- Nie wiem - wyznała uczciwie.
- To znaczy jaka? - przerwał jej nietaktownie.
www.kosmetyki-naturalne.edu.pl/page/2/